SN: towarzystwo ubezpieczeń powinno zapłacić za ekspertyzę rzeczoznawcy

Zdaniem Sądu Najwyższego, to ubezpieczyciel zapłaci za ekspertyzę rzeczoznawcy. Sąd Najwyższy w rozszerzonym składzie siedmiu sędziów orzekł, iż  "korporacja, a nie poszkodowany, pokryje koszty opinii niezależnego fachowca, jeśli jej zlecenie miało sens" - informuje „Dziennik Gazeta Prawna" (Nr z 03.09.2019 r.). Zdaniem gazety, orzeczenie SN z  2.09.2019 r.  jest  korzystne dla obywatela i może wpłynąć na wzrost cen składek ubezpieczeń komunikacyjnych OC.

Z wnioskiem o rozstrzygnięcie rozbieżności pojawiających się w orzecznictwie sądowym wystąpiła Aleksandra Wiktorow, Rzecznik Finansowy (RzF), według której, to "ubezpieczyciele zaniżający wypłaty z polisy powinni zwracać klientom wydatki poniesione na ekspertyzy zlecone niezależnym rzeczoznawcom". Albowiem przeciętny klient  nie ma możliwości weryfikacji takiego dokumentu, otrzymanego  od ubezpieczyciela. Zawiera on bowiem  wyliczenia ze specjalistycznego systemu (np. Audatex lub Eurotaxglass’s) i tekst  pisany najczęściej skomplikowanym żargonem branżowym - pisze dziennik. Jak podkreśla Aleksandra Wiktorow, "rzeczoznawcy dobrze wiedzą, na co należy zwrócić uwagę, gdzie najczęściej dochodzi do „błędów” w wyliczeniach ubezpieczyciela. Dlatego koszty ich pracy na rzecz klienta powinny być pokrywane z OC komunikacyjnego sprawcy szkody, jeśli odszkodowanie zostało przez ubezpieczyciela zaniżone" – podaje "DGP". Tym bardziej, że w sytuacji, gdy dochodzona kwota jest niewielka, wielu obywateli nie decyduje się na  opłacenia profesjonalisty z własnej kieszeni, albowiem koszt zatrudnienia fachowca często  przekracza różnicę między kwotą oferowaną przez ubezpieczyciela a oczekiwaną przez klienta. Jak dotąd sądy zajmowały rozbieżne stanowiska w tej sprawie - na przykład, że jeśli ubezpieczyciel zaniżył kwotę, to powinien zapłacić dodatkowo za usługę rzeczoznawcy.  Zdarzały się jednak orzeczenia sądów, że  zawsze powinien płacić poszkodowany. Według gazety,  wykluczenia tej drugiej koncepcji z orzecznictwa  oczekiwał od SN  Rzecznik Finansowy. Zdaniem RzF, "instytucja ekspertyzy przygotowywanej przez niezależnego rzeczoznawcę powinna być uregulowana ustawowo. (...) ekspert mógłby być zaangażowany w spór dopiero po przeprowadzeniu przez klienta postępowania reklamacyjnego w zakładzie ubezpieczeń, gdyby klient miał zastrzeżenia do wyceny z postępowania reklamacyjnego".

W opinii "DGP",  treść uchwały SN   z dnia 2.09.2019 r. "nie zaskakuje w obliczu prokonsumenckiego i korzystnego dla poszkodowanych w wypadkach i zdarzeniach ubezpieczeniowych podejścia SN dostrzegalnego w ostatnich latach" i jest korzystna dla obywateli.

Uchwała SN z dnia 2.09.2019 r. została wydana na podstawie art. 83 ustawy o Sądzie Najwyższym (tj. Dz.U. z 2019 r. poz. 825).

 

 

UFG windykuje 65 proc. kar nałożonych na  kierowców za brak OC

 

Według Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG), tylko niespełna 35 proc. kierowców ukaranych przez Fundusz za brak polisy OC płaci grzywnę  dobrowolnie. Natomiast od  pozostałych ukaranych kierowców,   UFG dochodzi płatności w trybie egzekucyjnym - donosi "Bankier.pl" (z 02.09.2018 r.). Z opublikowanego przez UFG komunikatu UFG wynika, że w 2018 r. z tego tytułu   Fundusz prowadził łącznie „ponad 152 tysiące spraw o zapłacenie kary za brak polisy OC i  w tym czasie wystawił ponad 36,6 tysięcy tytułów wykonawczych" - podaje portal. W tym, w  łącznej liczbie spraw za niespełnienie obowiązku ubezpieczenia  65 proc. przypadków  dochodzonych było w trybie egzekucyjnym, a pozostałe 35 proc. zapłacono w trybie dobrowolnym.  Z kolei całkowita kwota należności z kar za brak ubezpieczenia OC na koniec 2018 r. przekroczyła  196 mln zł, z czego do kasy UFG wpłynęło 94 mln zł, a więc o  12 proc. więcej niż w 2017 r.

Co istotne - zauważa Fundusz w komunikacie - stwierdzenie braku polisy OC  np. w wyniku kontroli drogowej lub kontroli własnej UFG na podstawie danych w ogólnopolskiej bazie polis komunikacyjnych,  "nie oznacza jeszcze wszczęcia egzekucji". UFG  zwraca się najpierw do posiadacza pojazdu o okazanie ważnej polisy OC lub zapłacenie kary w trybie dobrowolnym. I "jeżeli w wyznaczonym terminie brak jest odpowiedzi, Fundusz przypomina kontrolowanemu o konieczności wyjaśnienia sprawy" - informuje „Bankier.pl". Dopiero średnio po około trzech miesiącach - jeżeli nie ma  odzewu ze strony ukaranego - UFG wszczyna egzekucję i przekazuje ściągnięcie kary do urzędu skarbowego. Urząd zaś może odzyskać pieniądze np. z wynagrodzenia, z rachunków bankowych, z nadpłaty podatku dochodowego lub z nieruchomości.

"O wyborze środka egzekucyjnego decyduje sam US, ale ustawa nakazuje wykorzystać ten najmniej uciążliwy dla ukaranego" - wyjaśnia portal.

  Elżbieta Wanat Połeć, prezes zarządu UFG ostrzega zaś,  że  "unikanie kontaktu - po otrzymaniu pisma z UFG o stwierdzeniu braku polisy OC - to najgorsza z możliwych strategii." Zdaniem szefowej   UFG,  wczesny kontakt z Funduszem pozwala uniknąć właścicielowi nieubezpieczonego auta dodatkowych kosztów   z windykacji kary za brak OC przez urząd skarbowy, czy również kłopotów z powodu  zajęcia  wynagrodzenia lub rachunku bankowego.

W opinii UFG, Polacy mają problem nie tylko z płaceniem kar za brak polisy OC. I tak, zadłużenie rodaków z tytułu niespłaconych mandatów przekracza 750 mln zł, zaś niezapłacone grzywny i koszty sądowe stanowią  kolejne ponad 320 mln zł.

 

 

Odpowiednią ochronę dziecka w szkole daje prywatna, indywidualna polisa

 

W ocenie ekspertów z  Biura Rzecznika Finansowego, grupowe szkolne ubezpieczenia często gwarantują symboliczne odszkodowania, zbyt niskie, żeby pokryć chociażby koszty rehabilitacji po wypadku, ponieważ sumy i zakres ochrony oferowanej w ramach szkolnego ubezpieczenia NNW są niewielkie - podaje „Interia.pl” (z 05.09.2019 r.). W związku z tym, rodzice coraz chętniej sięgają po prywatne, indywidualne polisy szkolne dla swoich dzieci.

Marcin Jaworski, ekspert ds. komunikacji i edukacji w Biurze Rzecznika Finansowego przyznaje, iż  

do RzF docierają z rynku sygnały, że klienci coraz chętniej sami zawierają takie umowy. Ponadto, ”w coraz większym stopniu upowszechnia się wiedza o tym, że szkolne ubezpieczenia grupowe nie są obowiązkowe”, a  „jedynym obowiązkowym ubezpieczeniem są objęte wyjazdy zagraniczne uczniów, wtedy trzeba kupić polisę NNW” - informuje M. Jaworski.  Według eksperta, pozostałe umowy, a więc „ NNW roczne czy obejmujące wycieczki szkolne w kraju, nie są obowiązkowe, chociaż oczywiście warto takie ubezpieczenie mieć”- pisze portal.

W opinii Rzecznika,  powszechność i grupowa forma zawierania szkolnego NNW jest  szansą na uzyskanie tańszej ochrony ubezpieczeniowej niż w przypadku indywidualnych umów. Niestety, chociaż  konstrukcja grupowych   szkolnych NNW ulega stopniowej poprawie, to nadal fundamentalnym problemem  jest stosunkowo niskie odszkodowanie, kiedy dziecko doznaje poważniejszego urazu i konieczna jest rehabilitacja. Albowiem „konstrukcja umów zakłada, że w razie jakiegoś nieszczęśliwego wypadku otrzymujemy określony procent sumy ubezpieczenia, (...) w przypadku złamania ręki czy nogi będzie to od 1 do 5 proc. Jeśli kwota szkolnego NNW wynosi zwyczajowe 10-15 tys. zł, wówczas jest to zaledwie kilkaset zł,  zbyt mało, żeby zapewnić dziecku rehabilitację na odpowiednim poziomie - mówi M. Jaworski. W jego opinii,  za składkę na grupowe ubezpieczenie szkolne w kwocie np. 50 zł, „czyli około 4 zł za każdy miesiąc ochrony ubezpieczeniowej (...) nie należy spodziewać się wysokich wypłat w razie wypadku dziecka” - komentuje „Interia.pl”. Ponadto, problem stanowi  niejasna konstrukcja takich polis - twierdzi ekspert. „Ze zgłoszeń, które napływają do biura Rzecznika Finansowego , wynika, że rodzice nie do końca wiedzą, jak działa szkolne NNW. Nie mają świadomości, że nie każde zdarzenie, w którym dziecko odniosło obrażenia, jest uznawane za nieszczęśliwy wypadek (...) albo że polisa zwykle obejmuje tylko urazy powstałe podczas lekcji WF-u”.

Zdaniem M. Jaworskiego,  sytuacja  stopniowo się poprawia. I jeżeli  jeszcze dwa lata temu  RzF otrzymał ok. 200 wniosków z prośbą o interwencję albo poradę dotyczącą szkolnego NNW, to w 2018 r. napłynęło ich ok. 150.

 

 

PZU SA wypłaci wyższą dywidendę z zysku za 2018 r., niż za 2017 r.

 

PZU SA  wypłaci dywidendę z zysku za  2018 r. Podział z zysku przy stopie dywidendy na poziomie   6,8 proc. wyniesie 2,80 zł na akcję, a więc o 30 gr więcej niż w 2017 r. - donosi "PRNews.pl" (z 04.09.2019 r.).  Jak przyznał  Paweł Surówka, prezes Grupy PZU, "bardzo dobry rok 2018 w wykonaniu Grupy PZU i nasze doskonałe wskaźniki finansowe pozwoliły nam kolejny rok z rzędu rekomendować wzrost wypłaty dywidendy do decyzji walnego zgromadzenia. Regularne płacenie kuponu dla akcjonariuszy sprawia, że jesteśmy interesującym aktywem dla inwestorów" - informuje portal.

"PRNews.pl" zauważa, iż PZU SA posiada wdrożoną politykę dywidendową, która zakłada jasne i przewidywalne zasady podziału zysku wypracowanego przez Grupę PZU. I tak, zgodnie z przyjętą polityką, co roku co najmniej 50 proc. zysku będzie przeznaczane na wypłatę dywidendy. W zależności od potrzeb kapitałowych, związanych z rozwojem organicznym i realizacją celów strategicznych w zakresie fuzji i przejęć, do akcjonariuszy może trafiać do 100 proc. rocznego zysku. Ponadto, jak zapowiedział w czerwcu br. Tomasz Kulik z  zarządu PZU SA,  spółka  planuje wprowadzić program lojalnościowy dla swoich akcjonariuszy indywidualnych - pisze portal. Obecnie trwają prace na założeniami programu oraz przygotowania do jego wdrożenia. Według Tomasza Kulika, ubezpieczyciel planuje jeszcze w tym roku  zaprezentować założenia  programu lojalnościowego dla akcjonariuszy.

"Chcielibyśmy, żeby akcje PZU na stałe zawitały do portfeli osób inwestujących na GPW w Warszawie i żeby mogli oni bliżej poznać świat całego PZU" - stwierdził T. Kulik.

PZU SA  począwszy od swojego debiutu giełdowego regularnie wypłaca dywidendę swoim akcjonariuszom. W 2019 r. spółka  wypłaci dywidendę już po raz 10 z rzędu.

 

 

Polsce eksporterzy  słabo cenią korzyści z posiadania polisy KUKE

 

Polski rynek ubezpieczeń należności  wzrasta wraz z eksportem polskich towarów i  od momentu wejścia Polski do UE,  poza kryzysowym 2009 r., stale rośnie. Pod względem  wartości  ubezpieczonych transakcji, rynek ten wzrasta  średnio  o około 10 proc. Natomiast dużo wolniej zwiększa się liczba podmiotów korzystających z ubezpieczeń - przyznaje Janusz Władyczak, prezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE) w rozmowie z „Rzeczpospolitą" (Nr z 04.09.2019 r.). Zdaniem szefa KUKE, pokazuje to wyraźnie, iż  "dość pokaźny wzrost całego rynku ubezpieczeń należności, tak krajowych, jak i eksportowych, wynika głównie z tego, że firmy korzystające z tej formy zabezpieczenia działalności chronią większy obrót, a nie z tego, że poszerza się grono przedsiębiorców, którzy chcą się ubezpieczyć"  - pisze gazeta. Przy tym, międzynarodowe koncerny zabezpieczają zwykle obrót w ramach globalnej polisy, obsługiwanej przez centralę firmy i jednego ubezpieczyciela, co oczywiście wpływa na płacone za polisę w tak ogromnym kontrakcie stawki - tłumaczy prezes Władyczak. W jego opinii, lokalnym ubezpieczycielom trudno w tym zakresie konkurować. Na przykład firma holenderska  ubezpieczy się w rodzimym Atradiusie, spółka niemiecka czy austriacka skorzysta z oferty Euler Hermesa, a firma z Francji z usług  Coface.  KUKE współpracuje natomiast   z podmiotami zarejestrowanymi w Polsce.

"W portfelu mamy mało firm międzynarodowych. Są to podmioty, które produkują w naszym kraju i nie korzystają ze scentralizowanego systemu zarządzania eksportem. W takim przypadku mamy większe szanse, by przekonać do swoich usług" - mówi Władyczak. Podkreśla, że  przedsiębiorcy w Polsce nie ubezpieczają należności, gdyż  w przypadku eksportu przymusu ubezpieczenia nie ma. I z reguły dowiadują się o tego typu rozwiązaniach przypadkowo, albo gdy już odnotują straty. Wtedy zwykle słyszą „przecież mogłeś się ubezpieczyć”. Prezes KUKE zauważa, że ten biznes " opiera się na wiedzy i świadomości korzyści", a tymczasem z edukacją ekonomiczną ciągle w Polsce krucho, tak na poziomie klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorstw. Według Władyczaka, "brakuje ekspertów od eksportu (trade finance), uczymy się go „w praniu”. W KUKE robimy czasem warsztaty dla studentów. Ale też nie mamy na to dużych zasobów ani środków. Musimy zejść do edukacyjnych fundamentów".

Zdaniem szefa KUKE,  mamy także  tendencję do przeceniania tzw. moralności płatniczej w krajach Zachodu. Tymczasem trzeba znać drugą stronę transakcji. "Często jest to skomplikowane, ale są narzędzia do sprawdzenia wiarygodności partnera. I warto się ubezpieczyć. Ubezpieczenie nie jest drogą fanaberią. Teraz ceny są dosyć niskie, szczególnie gdy eksportujemy do krajów UE" - mówi w "Rz" prezes ubezpieczyciela. Władyczak  podkreśla, że "eksporter z KUKE otrzymuje instrument, który za symboliczną składkę jest w stanie go zabezpieczyć i windykacja będzie prowadzona za niego . A nawet jeśli windykacja się finalnie nie powiedzie, to wypłacimy odszkodowanie".

Obecnie KUKE odnotowuje  łączny przypis składki  na poziomie 200 mln zł, co lokuje firmę w pierwszej trójce największych ubezpieczycieli należności w Polsce. Towarzystwo obecnie  wdraża nowy centralny system informatyczny.

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT